Pij z głową: Święty

Witam wszystkich Pijaków i Pijaczki!

Zacznę od małego wprowadzenia... W zasadzie ten temat jest tylko namiastką moich doświadczeń związanych z różnymi używkami. Wprowadzałem w siebie substancje na 100 sposobów, począwszy od palenia (tutaj jest ich naprawdę mnóstwo, w zależności od narkotyku), przez wąchanie, rozgryzanie, robienie wywarów i wypijanie ich, trzymanie pod językiem, a skończywszy na najzwyczajniejszym chlaniu.

swiety.jpgDociekliwych od razu uprzedzę, iż miałem na tyle rozumu w głowie, żeby nie spróbować najcięższego narkotyku, także nigdy mi głowa bezwiednie nie opadała, ani nie siedziałem na przystanku ze ściekającą strużką śliny. Mógłbym opowiedzieć wiele anegdotek, (bo taki mam cel), ale jedną z niewielu rzeczy, jakie zapamiętałem z czasów mojej edukacji, której nie skończyłem (jeszcze ) jest fakt, iż prace nie na temat są niezaliczane, więc pozostanę przy alkoholu. Opowiem w skrócie dwie historie, które spowodowały, że zacząłem "pić z głową", dla hmmm... przestrogi

Pierwsza z nich zaczęła się oczywiście bardzo niewinnie, a mianowicie pojechałem do koleżanki na urodziny. Kupiłem kwiaty i flaszkę jak przystało na dżentelmena. Na miejscu spotkałem dużo znajomych (tutaj chciałem zaznaczyć, że nie zawsze znajomi są w stanie zapanować nad pijanym ziomkiem) i zaczęliśmy pić. Było bardzo wesoło, to pamiętam. Pamiętam też jak wychodziłem z mieszkania z flaszką w ręku, a jubilatka krzyczała za mną: TO OSTATNIA WÓDKA!!! Pamiętam jak wchodziłem do klubu z jakimś znajomym i że z tym samym opuszczałem to miejsce. No i... Obudziłem się w autobusie nr 138, czy coś takiego, gdzieś na Mokotowie, prawie w negliżu... Odpuściłem sobie picie po tym zdarzeniu na jakiś czas, tygodniami rozmyślając, co tak naprawdę się stało.

swiety_po.jpg

Druga historia, podobnie jak pierwsza, również rozpoczęła się jak tysiąc innych w moim życiu - niewinnie. Było lato, świetna pogoda, humor dopisywał. Ponieważ był piątek postanowiliśmy wbić się do jakiegoś klubu. Wcześniej coś rozpracowaliśmy, wiadomo. Ludzie, bicie piątek, wódka, piwo (tu się zgodzę z przedmówcami - łączenie alko nie wróży nic dobrego), wszystko spoko( ). Obudziłem się na izbie przyjęć, z bardzo bolącym uchem (rozciągniętym do granic możliwości), wśród bejów w jakichś białych koszulach. Dowiedziałem się od nich, gdzie się znajduję, że byłem agresywny, stąd opuchnięte ucho. Poili nas tam wodą z glukozą, bardzo specyficzny smak - nie polecam. Jakoś wytrwałem w tym doborowym towarzystwie do końca, który polegał na podpisaniu przeze mnie dokumentu zobowiązującego do uiszczenia opłaty za opiekę, wydaniu ciuchów (nie były w najlepszym stanie) oraz odebrania znalezionych przy mnie przedmiotów. Tutaj znalazł się zegarek (ach to zabezpieczenie przy zapięciu), 3 złote oraz, co mnie bardzo zdziwiło, telefon. Kluczy brak. Po wyjściu nie za bardzo wiedziałem gdzie się znajduję, dlatego poprosiłem najbardziej ogarniętego z moich towarzyszy niedoli o wskazanie przystanku w stronę centrum. Ten kupił mi piwo. Odmówiłem, ale i tak mnie zaprowadził na właściwy przystanek. Potem dowiedziałem się od znajomych, że gdy wychodzili z klubu leżałem przed nim. Chcieli mnie zaprowadzić do taxy, ale włączył mi się "dżony łoker" i pobiegłem w drugą stronę. Zatrzymała mnie policja, i podobno nie byłem wstanie odpowiedzieć na pytanie jak brzmi moja godność.

Nie muszę chyba mówić jak się czułem po tych przygodach, jak bardzo było mi głupio i jak wiele osób musiałem przepraszać. Opowiedziałem te historie nie dlatego, że mam możliwość wywnętrzniania się, tylko by dać sposobność usłyszenia o takich przypadkach innym, mniej doświadczonym.

Także chłopaki i dziewczęta - pijcie z głową, bo nigdy nie wiadomo gdzie i w jakich okolicznościach skończycie dobrą zabawę.

Pozdrawiam!
Święty Mikołaj