Hade "Nienawidzę czasów, w których przyszło mi żyć"

Postęp, jak powszechnie wiadomo, prowadzi za sobą zwarte szeregi plusów: wygód, ułatwień, szybkich rozwiązań... doszło do tego, że nasze rozleniwione umysły biorą wiele z dostępnych opcji za niezbędne.
Hade

fot.Monika Seyfried                                

Zapomnieliśmy już, że są to jedynie OPCJE, o których naszym rodzicom, lub tym bardziej ich rodzicom nie zdarzyło się pomyśleć podczas nawet najodważniejszego poobiedniego, przy-herbacianego gdybania o świecie. Nie muszę chyba wymieniać, co my mamy, a czego oni nie mieli. Obawiam się jednak, że bilans ostateczny może wyjść naszemu pokoleniu ujemny. Słuchaliśmy anegdotek naszych dziadków, które jeszcze we wczesnym dzieciństwie nie były dla nas niczym więcej, niż nudnymi monologami, które z grzeczności i szacunku trzeba było przetrwać, aby zaraz móc powrócić do podpalania głów plastikowym żołnierzykom. Kto z nas jeszcze ma babcię, bądź dziadka wciąż jest szczęśliwcem, który w każdej chwili może poprosić o zaserwowanie pysznego pakietu takich historii, jakie teraz okazują się być niezwykle cenne. I są to żywe historie, o prawdziwych ludziach, o miejscach, których być może już nie ma, lub pozostały niezmienione od dziesięcioleci. Sam wyraz twarzy mojej ś.p. Babci podczas snucia tych opowiastek promieniał, emanował sentymentem i był to sentyment zaraźliwy, a ja sam jako dorastający już chłystek zaczynałem tęsknić za czasami, o których mówiła – za światem, którego nigdy osobiście nie doświadczyłem. I tęsknię za nim do dziś.

To były historie przesiąknięte życiem, historie pragmatyczne do tego stopnia, że przez ułamki sekund wydawało mi się, że padają na mnie te same promienie Słońca, które grzały wtedy piach w podwórkowych piaskownicach. Bohaterowie tych przygód stawali przed moimi oczami, jakbym przed chwilą tam był, słyszał ich śmiechy, kłótnie, widział moją prababkę wołającą z okna swą małą córkę Irenę.

Boję się - i to nie jest dramatyzm, naprawdę najszczerzej w świecie przeraża mnie wizja czasów, kiedy doczekam się własnych wnuków i... choćbym chciał najmocniej w świecie, nie będę miał sposobności dać im tego, czym sam byłem częstowany: soczystego smaku czasów moich przodków z pierwszej ręki. Mam to szczęście w całym tym nieszczęściu, że moje dzieciństwo rozegrało się jeszcze jedną nogą w czasach piaskownic, otwartych furtek, chmar dzieciaków latających za piłką niezależnie od pogody i pory dnia. W czasach, kiedy wracając ze szkoły bez komórki, bez logowania się na żadnych kontach, forach, czy innych ZBĘDNYCH wynalazkach, wiedziałem co zrobię, gdy wrócę do domu: cisnę szkolnym plecakiem na ziemię, krzyknę Matuli szybkie "cześć!" i pobiegnę na boisko, gdzie absolutnie na pewno spotkam całą swoją ferajnę i do wieczora będziemy wspólnie broić, kopać piłkę i doświadczać świata na własnej skórze. Teraz, od czasu, kiedy zyskałem w pełni własną świadomość, moim oknem na współczesne dzieciństwo jest mój trzynastoletni brat. I nienawidzę jego dzieciństwa. Współczuję mu go. 

Nie jestem do końca przekonany... ba! co ja piszę, absolutnie się nie zgadzam ze stwierdzeniem, że naszemu pokoleniu żyje się lepiej. Zdecydowanie żyje się nam łatwiej. Żyje się nam wygodniej. Jednak, kiedy jeszcze nikt nie myślał o przechodzeniu na skróty każdej możliwej drogi, człowiek doświadczał więcej życia, przygód i zaprawienia na tych dłuższych, trudniejszych szlakach. To kreowało prawdziwy charakter. Ludzie byli wtedy dużo bardziej poradni. Wrzuceni na głęboką wodę wiedzieli, jak nie utonąć - mało tego, dopływali do brzegu z rybą na kolację w dłoni. Weźmy na przykład legendy o cwaniakach warszawskich. To byli ludzie z charakterem! I kroczyli dumnie tą samą Marszałkowską, tym samym Nowym Światem, Belwederską, czy Czerniakowską, którymi Ty przemykasz pośpiesznie, nie zauważając nawet ducha tych okolic. Nie zwracając uwagi na starszych ludzi, którzy pamiętają szczęśliwe czasy, o jakich Ci się nie śniło i niosą te czasy nieśpiesznie, biernie kontrastując ze współczesnym pędem. 

Codziennie obserwuję tych starszych ludzi na ulicach, w autobusach, tramwajach... i wydaje mi się, że większość z nich żyje już tylko wspomnieniami. Nasz świat nie jest dla nich, wcale nie chcą żyć naszym światem. I pisząc "Nasz Świat" niemal mi wstyd, bo nienawidzę czasów, w których przyszło mi żyć. 

Zachęcam do refleksji i być może wniesienia więcej życia w życie. A jeśli już musimy coś wciskać, to niech częściej będzie to "play" zamiast "lubię to".