Co ja tutaj robię ?

To te krótkie wypowiedzi, które sprawiają, że "co-ja-tutaj-robię " zaczyna dominować. Zagłuszać rozmówcę, buczeć natrętnie, chociaż tylko w środku twojej głowy.
Co ja tutaj robię ?

 fot.K.Grygoruk                                                                       

- Ale jak tak schudłeś ..? - zapytała po krótkim cześś/siema.
- Chleb. Odstawiłem chleb, wpierdalałem non stop ten WASA.
- Nie wyglądasz już jak ziemniak.
- Dziękuję.
- No właśnie, a ZIEMNIAKI ??
- E-e. Węglowodany zapychacze. Chuj z ziemniakami.
- Aa to niee... ja nie mogę żyć bez ziemniaków. To nie dla mnie.

Co ja tutaj robię ? Jak to nie może żyć bez ziemniaków ?
Ze wszystkich rzeczy świata, które ruinowałyby dietę, z tryskających orzeźwieniem mandarynek, soczystych polędwiczek, świeżych truskawek, wędzonych ryb, przypraw, lodów czekoladowych, marcepanu, kawy, cholernych oscypków... akurat ziemniak jest arcykapłanem jej kubków smakowych ? Te nieco tatarskie rysy, wielkie piersi, czarne włosy, wypięta dupa - można by przypuszczać, że spyta;
- Hmm.. a czy będę mogła, zgodnie z dietą, zjeść sobie po 18:00 plasterek szynki parmeńskiej ? Jest taka słona, wiem, że to niezdrowe, ale mam do niej słabość...

Gdzie tam szynka. Pierwsze pytanie było o nijakie bulwy.
Bulwy, które nawet wsadzone w popiół, poddawane torturom ognia i aluminium wymagają połowy solniczki i masła, niczym trenera i masażysty żeby w ogóle zacząć kicać po twoim podniebieniu.

Zresztą źle się do tego zabrała. Doświadczony w naginaniu nakazów do swoich przyzwyczajeń drań zapyta;
- Doktorze, oczywiście, nie pić miesiąc. No ale w ten czas wypada sylwester... Nawet lampki szampana ?
- Od lampki raczej nic się panu nie stanie.
- Acha. Dziękuję doktorze.

No to jak, pić czy nie pić ? A skąd on wie jaką ja mam lampkę ?
Może jestem synem hutnika, z huty szkła, cała rodzina z tradycjami hutniczymi, toż to stryj Henryk wytopił ze szkła te piękne łabądki dla papieża ! I w tej rodzinie jest - który to już sylwester, dwudziesty ? - zwyczaj picia szampana ze specjalnych kielichów, z tej wyjątkowej zastawy naczyń powiększonych. Taki trochę branżowy zgryw. Ale stał się zwyczajem, z którym się nie dyskutuje. I lampka ma, bracie, objętość bawarskiego kufla ! No ale lampkę można ? Można. Sam pan doktor powiedział !

Ziemniaki, kurwa mać.

Czy powiedzieć koledze, że przyjedzie kołek ? Dziewczę, które ma nam pomóc w sprzątaniu po remoncie jest...
- Słuchaj asie, ta panna, co przyjedzie...
- No ?
- No jest, kurwa, tępa. Jest tak irytująca, że wolałbyś stać w kolejce
do spowiedzi przed własnym ojcem niż słuchać jej gadki.
- Aaacha...
Wtedy, fakt, powiedziałbym prawdę, ale gdzie byśmy przez nią skończyli ? Dziewczyna usłyszałaby zdawkowe "siemano" od mojego uprzedzonego kamrata. Ten niewiele by się odzywał, tylko w reakcji na jej chichot palił trzy razy więcej szlugów. Żył krócej. Albo, wbrew obietnicy, którą złożył swojej narzeczonej, nie wytrzymałby, odpalił flaszkę, napierdolił ze mną jak szpadel i wrócił zalany do domu - wszystko, by wytrzymać ze sprzątającym kołkiem bez używania knebla lub garoty.
Klasyczna schizofreniczna damulka. W stylu "mm pocałuj mnie..!", a zatem ręka ląduje na jej szyi, usta do spółki z kutasem zaczynają pulsować krwią, wtem ona wypala - "Jeezu, zostaw mnie, za kogo mnie masz ?!".
Każdy pretekst, by użyć magicznego słowa "wtem" zasługuje na uwagę, ale na litość boską, czy po to się spotkaliśmy ?
Jakkolwiek, sprzątanie to czynność dla mnie bliska traumie.
W dzieciństwie weekend obarczony był obowiązkiem czyszczenia całego naszego mieszkania w śródmiejskiej kamienicy. I były to zamaskowane zawody między moim ojczymem a mną, zawody przywodzące na myśl biczujących się pątników. On nienawidził sprzątać, ja nienawidziłem, ale rytuał musiał się dopełnić. W atmosferze takiej, że ojczym palił jeszcze więcej petów, by choć na chwilę pomyśleć o czymś innym, a ja... ja nie pykałem sobie przecież dymkiem z cygaretki popijając szczęściem w płynie - miałem 11 lat i nie mogłem nic poradzić. A dom długie godziny kipiał wściekłością. Co nie ułatwiało mi dostrzeżenia dobrych cech faceta mojej Mamy.
Dlatego prowadząc własne gospodarstwo domowe przyjąłem (też oczywiście nagminnie naginaną) regułę czyszczenia, gdy jest brudno.
Nie, bo wybiła Godzina Czystości, nie bo "już tydzień nikt nie odkurzał !", nie ! Widzę brud ? Usuwam chama. A wzrok mam coraz gorszy.
Jednak syf po remoncie wdzierał się już w tkaninę spodni, kawałki spiłowanych desek, niewykorzystane śrubki od szafek, opakowania po kontaktach tworzyły nawierzchnię bliższą torowi do motocrossu niż kawalerce. Sam alkohol i cholerne cygaretki nie starczały by zmotywować mnie do czyszczenia. Wydzwoniłem więc, nie, wyesemesowałem wspomniane wcześniej schizo-dziewczę, niezrażony wystarczająco doświadczeniami z jej (pół)mózgiem. Po chwili;

- Pomogę ci sprzątać. Podaj adres

No to podałem adres, w myślach podając jej też swój narząd do obróbki. Kiedy o 13:00 dostałem kolejnego smsa z informacją "mam czas tylko do 16:00" nie przewidywałem jeszcze końca tej gry. Żegnałem w wyobraźni kolegę, który musi już jechać, "ale wy na pewno sobie poradzicie !". Zostawia maniakalną pipę i mnie w wypucowanym niemal do końca mieszkanku. Whisky, którą piliśmy podgrzewa ciała, zarumienione zresztą już od wysiłku mycia, ścierania, wyrzymania i układania. Przyciskam ją do ściany, jedną ręką przytrzymując kark, drugą chwytając pośladek. Przyciskam w jednej półkuli, podczas gdy druga rachuje czy imaginacja choćby pettingu (piękne słowo) jest w ogóle prawdopodobna, skoro na amory zostałoby jakieś 20 minut.
I oto rezultat obliczeń - musiałaby już tu być ! Wysyłam więc popędzające "i jak ?".
Odpowiedź policzkuje z nienacka;

- Muszę jeszcze iść na sushi.

Acha.
Niecały rok w Warszawie. Czy była na koncertach ważnych artystów ? Czy opróżniała półki licznych księgarń, których nie ma w jej rodzinnym miasteczku ? Czy kina ? No bo przecież nie teatry.
Czy muzea może zatem ?
Tymi sprawami schizo-lalka nie zawracała sobie głowy. Nie zdobyła więc w Warszawie żadnych unikalnych sprawności. Nauczyła się jednego: że tutaj umawia się na sushi. Że tutaj sushi, mimo tylu prześmiewczych głosów (z wewnątrz !) dalej jest na topie. Że jest to ważny powód, by gdzieś się spóźnić lub wcale nie dojechać. Surowa ryba za gazylion złotych.
Posprzątałem wtedy w innym składzie. Przynajmniej uwolniło mnie to od koleżeńskich rozterek dot. sprowadzania głupiej flądry, która oczywiście nie dotarła.

Ziemniaki i sushi, panie i panowie ! Dwa największe "turn offy" (jeśli "turn on" to podniecać) tamtego kwartału.