Emil Blef "Alkoholizm; Schizofrenia; Alter ego"

Trzej geniusze, przez których jestem teraz krótkowidzem. Kontrowersyjni i wybitni, każdy z "przypadłością". Pytanie tylko w jakim stopniu ich szaleństwo było motorem dla talentu.
Emil Blef

Charles Bukowski. Po pierwszej publikacji wpadł w dziesięcioletni cug.

Philip K. Dick. Pisał, że "jego życie jest takie jak fabuła dowolnej z jego powieści lub opowiadań", a tworzył doskonałe science fiction.

Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek, któremu nie starczyło ciał, żeby wyrazić siebie, dlatego wyprojektował Witkacego-artystę.

Andrzej Stasiuk dosyć ironicznie w "Tekturowym samolocie" nazywa Bukowskiego Karolem z Brzeskiej 4. Punktuje chłodną kalkulację w "późnym zrobieniu kariery", bo "dla tych, co picie i pisanie traktują zamiennie albo wręcz równolegle, bieda jest błogosławieństwem." Bieda daje dużo czasu, stymuluje, ale gnębi. A parafrazując Hłaskę "[..] jeśli ktoś pił w czasach PRL-u, wiadomo było, że jest w porządku, gnębi go ustrój". Charles Bukowski był swój chłop, bo trapiło go wszystko: ludzie, nieludzie, on sam, praca, zbyt jasne pomieszczenia, dziwki i księża oraz tona takich zestawień. Znalazł dla siebie rozwiązanie, pisał, pił i starał się przeżyć. Nie wiem czy to alkohol zakonserwował go na tyle, że udało mu się dożyć sędziwego wieku, ale na pewno wpłynął na jego literaturę. Przede wszystkim humor i przekonanie podczas pisania, że mało jest rzeczy, którymi należy się przejmować. Pielęgnowana miłość przegrywa z wielkim członkiem, a sympozjum poświęcone poezji jest dobrą okazją do libacji. Alkohol nadał ton jego życiu, które tak jak jego literatura, było pozbawione maskarady, prawdziwe, doświadczone, bez makijażu. Rzeczy nazywane są po imieniu, a ludzie zwykle irytujący. Nie interesuje mnie ocena jego postępowania tylko to, co zostawił po sobie i "przypadłość", która określiła jego twórczość.

Uzależnienia są chorobą, schizofrenia również. Schizofrenicy często posiadają niezwykłe zdolności. Philip K. Dick był genialnym pisarzem, ale czy źródłem jego twórczości była właśnie choroba Był niezwykle inteligentny, znał się na literaturze, choć miał reputację ćpuna i świra, którą starannie podsycał i czego żałował w późniejszym okresie swojego życia. Lawrence Sutin, autor jego biografii "Boże Inwazje" określił to tak: "[...] życie wewnętrzne Dicka było zawsze bardzo intensywne. Możliwe, że uciekał się do skrajnych określeń psychologicznych, chcąc maksymalnie udramatyzować siły napędowe swojego pisarstwa". Może nie bezpośrednio lecz wizje i odczucia wiążące się z nimi znajdowały odzwierciedlenie w jego powieściach. Kiedy nie pisał, jego powieści zaczynały żyć w nim samym, wynurzając się w postaci stanów maniakalnych, paranoi, tak jakby frazy powstawały niezależnie od niego. Wyobraźnia nie ma granic, ale gdzie była granica miedzy chorobą a talentem Czy to ważne Prawdopodobnie była to symbioza i efekt jest tu istotny.

Bycie poetą niekoniecznie oznacza pisanie wierszy. Pomijam językowych onanistów, grafomanów, którzy mają problem zamknięcia myśli w formie krótszej niż ich przyrodzenie. Poetą Można Być, przeżywając świat w ten specyficzny sposób. Dzisiejsi poeci 80% swoich wysiłków lokują nie w twórczości, ale w wizerunku. Stanisław I. Witkiewicz stał się wielkim, tworząc swoje największe dzieło - Witkacego. "To nie sobowtór, ale projekcja wnętrza artysty na publiczny użytek", twierdzi Jan Błoński. Witkacy dał mu wyzwolenie w sztuce, możliwość ukazania sprzeczności żyjących w nim jako artyście, a przede wszystkim możliwość tworzenia bez skrępowania, przerzucając ciężar odpowiedzialności na tego drugiego.

Albert Camus twierdził, że pisarz powinien wyrażać prawdę, powinien się opowiedzieć. Bukowski zdawał sobie sprawę, kim jest i dlaczego balansuje na marginesie społeczeństwa. Dick świadom opinii o nim samym wyznał w liście: "To wariat powiedzą. Ćpał, widział Boga, wypisuje pierdoły", lecz on nie tylko pisał o nieskończoności światów, ale je naprawdę przeżywał... I. Witkiewicz popełnił samobójstwo, kiedy zrozumiał, że w obliczu wojny nie ma miejsca dla Witkacego. U każdego z nich "przypadłości" określiły ich twórczość, nadały jej prawdziwość i szczerość, którą tak cenię.

Czy w takim razie jest miejsce dla artystów mniej poturbowanych przez życie i tworzących w urzędniczym rygorze. Nie trzeba szukać daleko, aby znaleźć autorów arcydzieł z mniej interesującymi życiorysami, które zamiast wybryków i skandali zdradzają nudę oraz codzienność. Równie genialnych, nawet (choć geniuszu się nie stopniuje - jest lub go nie ma, jednak określenie z początku zobowiązuje, więc) genialniejszych, ale bez biograficznych fajerwerków. Z resztą, wymienieni pisarze sumiennie zasiadali do pisania, co prawda dopingowani rachunkami czy gromadką dzieci, to jednak trzymali się w RYZACH! Panowali nad swoimi przypadłościami. Bukowski wysysał z butelki każdą historię, a Dick dawał się ponieść swoim wizjom (jedynie Witkacy inaczej przypieczętował swoją wielkość). W każdym razie robili z nich użytek. Mieli wydawców i datę złożenia maszynopisu. Niestety. Tak było. Nie czekali na bodziec, nadejście natchnienia czy Boga. Uważam, że Weny nie ma. Nazwał bym ją bardziej Gotowością. Pojawia się kiedy w Tobie-artyście, jako przetworniku, informacje ostatecznie się wymieszały, dopasowały i są gotowe wyjść w najlepszej dla siebie formie. Dlatego im obszerniejsze i ciekawsze jest archiwum, tym większe szanse na coś błyskotliwego.

Odrzuć romantyczne wizje, gdzie rozgorączkowany artysta miota się po pracowni, rzucany o ściany tajemniczymi siłami dopada nagle wiadro z farbą, by chlusnąć na płótno i w końcu wycieńczony upaść bez świadomości. To raczej obraz miernego happeningu, w którym próbuje się odwrócić uwagę od tekturowego żarcia. Najważniejsza jest świadomość literacka, muzyczna czy ogólniej własnego wytwórstwa i umiejętność przekuwania jej na konkret. Reszta to image - wykreowany lub wydobyty, ale pomocny dziś bezdyskusyjnie. Uwypukla poglądy, działa jak spust, zawleczka do uwalniania treści bardziej radykalnych bądź odwrotnie - wycofanych. Czy w ogóle uwalniający cokolwiek. Zastanawiam się tylko czy brak imagu jest też imagem. To jak: czy bycie niewierzącym stawia mnie w tej samej kategorii obok wyznawców innych religii. Jestem w ich zbiorze czy orbituje całkowicie poza. Zaraz się nad tym zastanowię, tylko ruszę swoje tłuste zwłoki po jeszcze jedną kwartę whiskey.

Ach, być Bukowskim albo, jak Witkacy, poczuć pulsującą sztukę, albo sięgnąć za horyzont szaleństwa na tyle, by zobaczyć świat wybebeszony, zburzony ze swych generalnych reguł - takim jakim nikt wcześniej go nie widział. Ech... to tylko wzdychanie o bycie kopią. U K. Dicka ludzie pragnący uciec ze zdewastowanego Marsa, chcieli uciekać na Ziemię - też już zniszczoną, przez poprzednie pokolenia. Odkrywanie odkrytego i do tego wyeksploatowanego nie jest sposobem. Czyli lepiej być nudnym acz wartościowym artystycznie oryginałem Tak też można. Trzeba śmiało szukać. Solową płytę poprzedziłem singlem - jazzowym erotykiem, rzucając hiphopowcom na pożarcie siebie i znacznie więcej. Nigdy nie musiałem "rysować się" na nowo, ale jeśli Ty planujesz, zrób to z odwagą, żeby wyszło coś wyjątkowego.